Przemilczany kompromis

Wielu z nas traktuje leki jako cudowne środki ratujące życie, które powstają w ultranowoczesnych laboratoriach w wyniku mozolnej pracy błyskotliwych naukowców. Za tą górnolotną fasadą kryje się jednak smutna prawda – lek zwalcza objawy jednej choroby, a równolegle sieje spustoszenie w innej części organizmu.

money-943761_1920Rozmyta granica

Każdy związek chemiczny ma określony profil, nazywany aktywnością biologiczną. Wywołuje różne efekty na poszczególne parametry, funkcje życiowe i pracę narządów. Silny, przeciwbólowy tramadol świetnie koi ból, ale daje uczucie euforii, uzależnia, a do tego powoduje patologiczne zaparcia. Atorvastatyna hamuje syntezę cholesterolu, a jednocześnie blokuje szlak przemian koenzymu Q10 powodując powolną śmierć mięśnia sercowego. Bisoprolol i inni przedstawiciele beta-blokierów przedłużają życie chorym na chorobę niedokrwienną serca, ale jednocześnie powodują  zwiększenie liczby receptorów beta, co prowadzi do stałej konieczności podnoszenia dawki i rozwoju tolerancji.   Droga jaką pokonuje związek chemiczny od momentu wynalezienia –  do dnia, w którym będzie można uznać go za środek leczniczy wyznaczana jest przez badania kliniczne. Te długotrwałe prace może i rzeczywiście prowadzone są w ultranowoczesnych laboratoriach. Nie sposób również poddawać w wątpliwość błyskotliwość zespołów badawczych w nich pracujących. Jednak wbrew temu co mówią media, lekarze i internet sponsorowany przez koncerny – badania kliniczne są ciągłym poszukiwaniem kompromisu między bezpieczeństwem a toksycznością danego związku.

glowing-2245832_1920.jpg

O ile te poszukiwania podyktowane są troską o pacjenta i prowadzone są zgodnie z normami etycznymi – możemy spać spokojnie. Były dyrektor generalny jednego z czołowych koncernów farmaceutycznych w swoich wspomnieniach pisze:

“(…) w zależności od sytuacji rynkowej firmy farmaceutyczne nazywają niektóre z tych skutków “pożądanymi efektami terapeutycznymi”, a inne “efektami ubocznymi”. Niekiedy też określają jedne i drugie mianem pożądanych skutków terapeutycznych i sprzedają ten sam specyfik dwóm, różnym grupom docelowym. CO stanowi efekt uboczny dla jednej z nich, jest terapią dla drugiej i vice versa”.

Nadciśnienie płucne przegrywa z zaburzeniami erekcji

Znamienitym przykładem takiego działania jest sukces rynkowy popularnej viagry, której odpowiedniki są obecnie w Polsce na wyciągnięcie ręki, bo sprzedaje się je w aptekach bez recepty. W 1989 roku  została ona zsyntezowana przez dwóch brytyjskich naukowców – Petera Dunna i Alberta Wooda. Lek ten został zaprojektowany z myślą o terapii dławicy piersiowej i nadciśnienia płucnego. Tymczasem poddani badaniom klinicznym mężczyźni zaobserwowali u siebie pewien niecodzienny i mocno krępujący dla nich skutek uboczny w postaci wzmożonego wzwodu penisa. Tak właśnie rozpoczęła się historia Viagry. Wynalezienie pierwszego leku wzmagającego męską potencję było tak naprawdę dziełem przypadku. Efekt uboczny został uznany za terapeutyczny, a aktywność wobec ciśnienia krwi umieszczono w ulotce w części “Działania niepożądane”.

Nie ulega wątpliwości, że viagra dokonała prawdziwej rewolucji w męskim życiu seksualnym. Od momentu wprowadzenia leku na rynek minęło już 20 lat. W tym czasie środek pozwolił odzyskać pełną sprawność seksualną ponad 20 milionom mężczyzn. Rodzi się jednak pytanie czy wprowadzenie do obrotu sildenafilu jako środka na potencję, było efektem poszukiwania wspomnianego kompromisu między efektem terapeutycznym a ubocznym, czy podyktowane było względami ekonomicznymi? Co z pacjentami, którzy pokładali nadzieję w viagrze jako leku przeciw nadciśnieniu, a byli znaczną mniejszością wobec potencjalnej “grupy docelowej” w postaci 20 milionów mężczyzn? Czy przypadkiem z powodu niezarejestrowania viagry w tym wskazaniu zostali pozbawieni możliwości leczenia nadciśnienia. W końcu jakie konsekwencje ma viagra na naczynia wieńcowe zdrowych sercowo mężczyzn, leczących współcześnie zaburzenia erekcji?

Medycyna na usługach marketingu

Wśród menadżerów rynku farmaceutycznego historia viagry jest przykładem tzw. “marketingu pobocznego”. Nie jest on niczym odkrywczym, gdyż opiera się na celowej dezinformacji prowadzonej kosztem zdrowia ludzi. Tak było w przypadku głośnej sprawy związanej z hormonami wzrostu. Jak wiadomo związki te wykorzystywano  w leczeniu karłowatości, a z racji stosunkowo małej liczby chorych ich cena była horrendalnie wysoka. Pewna z firm wpadła na pomysł, by powiększyć grono osób stosujących hormon wzrostu, który znalazł się w ich portfolio. Sieci zostały zarzucone tym razem na ludzi zamożnych, celebrytów i narkotykowych baronów. Hormon miał zapewnić im szybki przyrost masy mięśniowej oraz jędrną skórę bez zmarszczek. W tym celu na jednej z karaibskich wysp założono ekskluzywną klinikę, która świadczyła po cichu te niecodzienne usługi.

syringe-1973104_1920

W przypadku raloxifenu zarejestrowanego pierwotnie jako leku przeciw osteoporozie u kobiet w wieku okołomenopaualnym wpłacenie 36 milionów grzywny za “nieetyczne wprowadzanie leku do obrotu” nie zbiło firmy z pantałyku. Próbowała ona potem zarejestrować raloxifen jako lek na raka piersi, a kiedy FDA zdecydowanie odrzuciło wniosek, nadal reklamowała go jako lek redukujacy ryzyko wystąpienia chorób krążenia.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s